Studia to też praca
Jakby chciało się przyrównać studia i ich formę do pracy, to można by rzec są one nawet gorsze. Biedny student wychodzi rano na uczelnię, siedzi, słucha, ćwiczy przez pół dnia, a później jeszcze wysyłają go do biblioteki, by wertować tony literatury. Z chęcią zabrałby te wszystkie książki do domu i poszedł do swojej ukochanej dziewczyny na obiad. Jednak nawet na to nie może sobie pozwolić, bo wielkie i mądre książki nie dadzą się wypożyczyć. Nie dadzą się, bo to jedyne egzemplarze. I co teraz? Biedny student wychodzi po kryjomu z czytelni i udaje się do tajnego punktu ksero. Tam czeka w bardzo długiej kolejce, by w końcu odbić sobie te parę kartek do kolekcji makulaturowej. Prawie że zadowolony chce oddać książkę i wreszcie zapomnieć o swojej pracy, jaką jest nauka. Ale nie może! Wróciwszy na stancję bądź do akademika, robi sobie prosty obiad złożony z makaronu i ketchupu z przyprawami a następnie zamiast odpocząć jak należałoby po pracy, zasiada ponownie do swych pasjonujących kserówek. Czyż to nie jest błędne koło? A przecież praca powinna kończyć się w budynku pracodawcy. Czy zatem studia to nie praca? Czy nauka nie jest pracą? Trudne pytania, bo jakże inaczej można by ją nazwać?